Głosuj
Głosy: ...

Czerwona Vintige 1957

Projektant: Karolina Zwolińska
Dodano: 10.03.2019
Uszyte z wykroju Burda. Nr gazety: 02/2019

Opis: 

U mnie w domu zabrzmiały fanfary. Uszyłam swoją sukienkę MARZEŃ.

Tydzień spędzony na dopieszczaniu detali i stresie związanym z bardzo dopasowanym krojem. Jednak od początku.

Historia rozpoczyna się z końcem stycznia, kiedy to w moje ręce wpadła Burda 02/2019. Zobaczyłam czerwone cudo i się zakochałam. Moją euforię przerwał widok czterech kropek, określających poziom trudności – według magazynu jest to najwyższy level. I tak pogrzebałam swój zapał. Dlaczego? Ponieważ: „nie jestem przecież na tak wysokim poziome szyciowego wtajemniczenia”, „Ja nigdy nie uszyłam nic z CZTEREMA KROPKAMI.” Itd. W głowie pozostało marzenie, które jednak postanowiłam odłożyć w czasie.

Nie na długo. Niespełna miesiąc później, na pierwszych/drugich zajęciach kursu szycia detali, nasza wspaniała Prowadząca zażartowała: „Umiecie już szyć kieszonki, to za dwa tygodnie przychodzimy w sukienkach z lutowej Burdy.” Już wiedziałam o który model chodzi. Rękawica rzucona, rękawica podniesiona. Postanowione. SZYJĘ sukienkę „marzeń”.

Oryginalny wykrój pochodzi z Burdy opublikowanej w roku 1957. Lata, w których królowały stroje, nienachalnie eksponujące kobiecość – wąska talia i zarysowane obfite biodra. Kobiece piękno w pełnej krasie. W moim przekonaniu, kobieta nie musi zakładać miniówki i dekoltu po pępek, żeby przyciągać wzrok obu płci (ale to jest oczywiście tylko moje zdanie).

Sam proces szycia trwał tydzień. Chciałam dopracować detale na tyle na ile pozwalały moje umiejętności. W związku z tym fastryga była najczęściej powtarzającym się słowem podczas tego tygodnia. Na kieszonkach miałam fastrygi w trzech kolorach i każdy kolor oznaczał inną funkcję fastrygi (znowu zaczynam nadużywać tego słowa). Był pot, były łzy, był stres, że coś pójdzie nie tak.

Opis: 

U mnie w domu zabrzmiały fanfary. Uszyłam swoją sukienkę MARZEŃ.

Tydzień spędzony na dopieszczaniu detali i stresie związanym z bardzo dopasowanym krojem. Jednak od początku.

Historia rozpoczyna się z końcem stycznia, kiedy to w moje ręce wpadła Burda 02/2019. Zobaczyłam czerwone cudo i się zakochałam. Moją euforię przerwał widok czterech kropek, określających poziom trudności – według magazynu jest to najwyższy level. I tak pogrzebałam swój zapał. Dlaczego? Ponieważ: „nie jestem przecież na tak wysokim poziome szyciowego wtajemniczenia”, „Ja nigdy nie uszyłam nic z CZTEREMA KROPKAMI.” Itd. W głowie pozostało marzenie, które jednak postanowiłam odłożyć w czasie.

Nie na długo. Niespełna miesiąc później, na pierwszych/drugich zajęciach kursu szycia detali, nasza wspaniała Prowadząca zażartowała: „Umiecie już szyć kieszonki, to za dwa tygodnie przychodzimy w sukienkach z lutowej Burdy.” Już wiedziałam o który model chodzi. Rękawica rzucona, rękawica podniesiona. Postanowione. SZYJĘ sukienkę „marzeń”.

Oryginalny wykrój pochodzi z Burdy opublikowanej w roku 1957. Lata, w których królowały stroje, nienachalnie eksponujące kobiecość – wąska talia i zarysowane obfite biodra. Kobiece piękno w pełnej krasie. W moim przekonaniu, kobieta nie musi zakładać miniówki i dekoltu po pępek, żeby przyciągać wzrok obu płci (ale to jest oczywiście tylko moje zdanie).

Sam proces szycia trwał tydzień. Chciałam dopracować detale na tyle na ile pozwalały moje umiejętności. W związku z tym fastryga była najczęściej powtarzającym się słowem podczas tego tygodnia. Na kieszonkach miałam fastrygi w trzech kolorach i każdy kolor oznaczał inną funkcję fastrygi (znowu zaczynam nadużywać tego słowa). Był pot, były łzy, był stres, że coś pójdzie nie tak.